Snapchat – narzędzie edukacji. Jak zaliczyć tu studia?

Idę korytarzem. Nerwowo się rozglądam. Słabo widzę, bo po oczach daje światło z okna naprzeciwko. Korytarz długi, a to okno wróży coś niedobrego. Żadnych ludzi, wiele drzwi. Otwieram któreś i widzę znajome twarze. O nie! Znów jestem w szkole.

Takie sny zdarzają się nie tylko mi. Uff. Ostatnio o podobnym opowiadał mi kumpel. Od razu mi lepiej, ale niewiele, bo wciąż dość regularnie śni mi się szkoła. Nieważne czy podstawówka, gimnazjum czy liceum. Śni mi się budynek, śnią mi się różni ludzie, z różnych lat i miejsc. Często niezwiązani ze sobą. Ja ich wiążę, bo spotkałem ich w różnych miejscach i o różnych porach. Chociaż do szkoły nie chodzę już dość długo – liceum skończyłem w 2007 roku – to ciągle ta szkoła mi się śni. Coś w tym więc musi być.

Moja mama, która jest pedagogiem, od dziecka wpaja mi, że szkoła ma dwie funkcje – edukacyjną i wychowawczą. Uważa zresztą, że ta druga jest nawet ważniejsza i ja się z nią zgadzam. Nie jest to zboczenie zawodowe pedagoga – szkoła ma wychować i nie oznacza to wdrażania lekcji patriotyzmu, przysposobienia obronnego czy edukacji seksualnej lub finansowej. Chodzi o wychowanie społeczne, a więc takie działanie, które sprawia, że ludzie wychodzą ze szkoły bogatsi o inteligencję społeczną, a niekoniecznie o wiedzę dotyczącą budowy pantofelka, całek czy deklinacji. Bo te umiejętności są konkretne i można je uzupełniać, a miękkich kompetencji nie da się nadrobić.

Wystarczy obejrzeć sobie na przykład „Buntownika z wyboru”, gdzie widać jak na dłonie jak silny jest wpływ rodziny i szkoły, całego otoczenia społecznego na człowieka. Tam na szczęście odpowiedni ludzie podają pomocną dłoń młodemu geniuszowi matematycznemu. Oby każdy spotykał na swojej drodze takie osoby. Niestety nie zdarza się to często, szczególnie w szkole.

Dzisiejsza szkoła jest zupełnie oderwana od rzeczywistości i dlatego nie spełnia swoich podstawowych zadań. Najlepszym tego dowodem jest stosunek do nowych technologii. Jeśli już mówi się o nich w kontekście szkoły to negatywnie – że młodzi nie rozmawiają ze sobą, bo siedzą w smartfonach, że nie czytają bo siedzą w smartfonach, że grają na nich i tak dalej.

Krótki eksperyment

Wchodzisz do pokoju, gdzie Twoje dziecko oraz siedzące obok niego na kanapie mają nosy w smartfonach i nie gadają ze sobą. Co robisz?

Wchodzisz do tego samego pokoju. Dzieci siedzą na tej samej kanapie. Nie gadają ze sobą. Mają nosy w książkach. Co robisz?

A teraz zastanów się – czy pod względem społecznym obie te sytuacje nie są identyczne?

Nowe technologie, nowa edukacja?

To od nas, dorosłych (ja wciąż nie wierzę w swoją dorosłość), zależy to, co dzieje się w świecie naszych dzieci. Trochę głupio być obojętnym, bo konsekwencje mogą być poważne. Na przykład ostatnio jeden znajomy cieszył się, że jego dziecku smartfony odbiera się przy wejściu do szkoły. Abstrahuję tu od smartfona, ale jak można przyklasnąć tak marnemu pomysłowi na zyskanie władzy nad dziećmi? To trochę jakby ktoś krępował (albo i ucinał) dzieciakom ręce. Nie twierdzę, że smartfon jest lekarstwem na całe zło świata – absolutnie nie jest, ale zabieranie go i walka z nim jest karkołomna i może wyrządzić znacznie więcej szkód niż korzyści. Szkoła opresyjna nie jest żadnym rozwiązaniem, a szkoła, która opiera się na zakazach i nakazach jest opresyjna, a taka być nie powinna.

Co innego reguły. Określmy je i starajmy się egzekwować, zróbmy wspólne ustalenia z dziećmi np. na czas lekcji nie korzystamy ze smartfonów, chyba że do celów związanych z tematem zajęć. Tłumaczmy i rozmawiajmy, a przede wszystkim zainteresujmy dziećmi formą i treścią zajęć – wtedy nie będą szukały ucieczki, nieważne czy w smartfona, w rozmowę z kolegą czy cokolwiek innego.

U mnie na zajęciach, które prowadzę na studiach, wielu studentów ma smartfony, ma laptopy. Część notuje, część robi coś innego, ale nie stanowi to problemu – dla mnie jako wykładowcy i dla nich jako słuchaczy. To jest po prostu taka kultura. Absurdalna byłaby walka z nią. Czym innym są dobre maniery, które nadal są aktualne, ale czym innym kultura korzystania z nowych technologii. Spójrz na poniższe zdjęcie.

Prelegent na takiej konferencji, na szkoleniu czy wykładzie, gdzie publiczność korzysta z mobilnych technologii musi być przygotowany na taką sytuację. Nie można się na to oburzać. W szkołach jest podobnie – oczywiście trudniej jest zapanować nad grupą kilkulatków, którzy dodatkowo siedzą w smartfonach, niż nad studentami, ale żadnym rozwiązaniem nie jest zabranie im telefonów. Przypomina mi się, jak pewna nauczycielka w mojej podstawówce zabraniała nam pić na lekcji. Inna zabraniała rozmawiać, więc musiała poświęcać dużo czasu na lekcjach na pilnowanie tego, abyśmy nie podawali sobie karteczek, na których prowadziliśmy dyskusje (bo gadać nie można). Walka z wiatrakami i walny krok do toksycznej relacji z uczniami. A przecież można by inaczej…

Dobra zmiana w edukacji jest niezbędna!

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie uważam, że lekiem na całe zło polskiej edukacji są nowe technologie. W ogóle nie ma jednego cudownego leku na całe zło. Technologie nie są jednak też przyczyną wszelkiego zła w polskiej edukacji. To nie przez smartfony nauczycieli nie potrafią zainteresować dzieci. To nie przez smartfony nie ma dobrej współpracy nauczycieli, rodziców i dzieci. Dobra zmiana w edukacji nie polega na tym, że będziemy organizować sprawdziany na Snapie, lekcje na Fejsie i zacznie to działać. Nie chodzi o to, że wprowadzimy do szkoły taki czy inny przedmiot. Będą ośmioletnie czy sześcioletnie podstawówki. Do pierwszych klas wyślemy 6-latki, 7-latki czy 5-latki. Chodzi o coś innego.

Chodzi o podejście, nie o narzędzia

Oglądaliście film „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”? Jeśli nie, to natychmiast nadróbcie tę zaległość. Gra tam Robin Williams (nomen omen występujący również we wspomnianym wyżej „Buntowniku z wyboru”) i jest nauczycielem, który działa w sposób niekonwencjonalny. Nie podoba się to wielu osobom – od rodziców, przez część grona pedagogicznego aż po część uczniów. Jednak po jakimś czasie jego metody zaczynają skutkować. Zmienia się to, co najważniejsze w edukacji – relacja nauczyciela z uczniami.

Tak powinna wyglądać szkoła

Relacja nie rodzi się przez smartfony ani wbrew smartfonom, ale dzięki nim może się umacniać lub osłabiać. Dziś na pewno bohater grany przez Williamsa robiłby z uczniami zaliczenia na Snapie albo Instagramie. Nie dlatego, by – jak mówią niektórzy – zyskać poklask wśród młodych ludzi, ale dlatego, aby budować z nimi relacje. Bo to jakie doświadczenia wyniesiemy ze szkoły (ze studiów zresztą też) często decyduje o naszej przyszłości. I wcale nie chodzi mi w tym przypadku o wybór tego czy innego kierunku studiów albo tego, czy innego liceum.

Szkoła nas wychowuje. Może nam zmarnować życie, bo to często młodość decyduje o tym, jak się nam to życie ułoży. Nie jest to teoria spiskowa ani freudowskie brednie – pomyśl, ile miałeś w sobie entuzjazmu w szkole? Ile zabrała Ci nauczycielka od matmy? Jakby robiła całki na Snapie to byłoby lepiej? Najpewniej nie, bo jej nie powinno chodzić o Snapa, całki czy cokolwiek. Chodzić powinno o Ciebie.

Niestety tego szkoła nie rozumie. Fajne są przypadki, w których nauczyciel staje po właściwej stronie i buduje relacje z uczniami – to zawsze wychodzi potem na plus w ich życiu. Oczywiście ważne, by uczeń dobrze zdał maturę, ale całkiem prawdziwe jest wciąż hasło PRL-owskiej propagandy (sic!) – nie matura, lecz chęć szczera. Swoją drogą to mało socjalistyczne, a bardziej liberalne hasło. Najważniejsze jednak, że nie jest głupie, bo szkoła ma nas przygotować do życia, a nie do poprawnego rozwiązania tego czy innego, nawet ważnego, testu.

Nowe technologie budzą nasze zachwyty, ale w kontekście edukacji mówi się o nich w negatywnym świetle. Ostatnio cała Polska słyszała, jak to kandydatka na studia na Uniwersytecie Wrocławskim przesłała do legitymacji swoje zdjęcie z nałożonym na twarz filtrem ze Snapchata. I tak oto znów okazało się, że ci młodzi ludzie są zdeprawowani przez te nowoczesne technologie, media i smartfony. Medal ma jak zwykle dwie strony – to samo narzędzie można wykorzystać w dobry sposób, ale również w taki, który nie przynosi nikomu chluby. Nie jest to wina smartfona, Snapchata czy czegokolwiek inna – to kwestia ludzi.

Swoją drogą dziewczyny też nie ma co specjalnie krytykować (o hejcie nie wspomnę), bo gdyby gdzieś po drodze spotkała ludzi, którzy lepiej by ją ukształtowali to nie wpadła by na pomysł, by wysłać na uniwerek zdjęcie z filtrem ze Snapa. Ale to temat na zupełnie inną dyskusję. Skupmy się na pozytywach, które można uzyskać z wykorzystania takiego narzędzia jak Snapchat i przyjrzyjmy się bliżej temu, co razem z grupą studentów z Uczelni Łazarskiego zrobiliśmy za pomocą tej aplikacji.

Case study (wideo)

Case study: Zaliczenie na Snapchacie

 

Wyzwanie

Jak zaangażować studentów? Jak sprawić, by nie poczuli dysonansu pomiędzy „fajnym” tematem przedmiotu (social media), a formą zaliczenia (w domyśle: stresującą, nudną, typową)?

Rozwiązanie

Przeprowadzić zaliczenie przedmiotu za pośrednictwem Snapchata. Studenci zostali podzieleni na grupy, każda razem tworzyła snapy, które przesyłała do mnie. Tematem snapów była Uczelnia Łazarskiego. studenci mieli na jeden dzień wcielić sięw role prowadzących konto Uczelni na Snapchacie. Mogli chodzić po całym budynku, nie mieli jakichkolwiek ograniczeń, poza swoją pomysłowością.

Efekt

Nikt nie spodziewał się takiej formy zaliczenia – mówi Iza, studentka. Jesteśmy przyzwyczajeni do testów czy jakiś prezentacji. Wymyślanie odpowiedzi na zadanie w trakcie było bardzo dobre, bo rozwijaliśmy naszą kreatywność, czy umiemy pracować w grupie, czy umiesz sprzedać swój pomysł – dodaje Kasia, również studentka.

Jeden ze studentów pochwalił nawet zaliczenie na Snapchacie już po jego zakończeniu. To był dla mnie najważniejszy głos, który potwierdził słuszność drogi, jaką obraliśmy.

Co ciekawe, dziś spora cześć moich studentów już rozpoczęła swoją przygodę z marketingiem – część poszła na staże, część do pracy, a inni rozwijają swoje projekty. Oby ta kreatywność i otwartość, którą pokazali na zaliczeniu była u nich obecna jeszcze przez długie lata. Podobnie zresztą jak u autora tego pomysłu.

Napisz do mnie

Masz pytania? Chcesz się czymś podzielić? Pisz śmiało!

Not readable? Change text.

Wpisz czego szukasz i naciśnij enter